12.15
Miałam to szczęście, że tegoroczny tygodniowy urlop spędziłam z ukochanym w Paryżu. Tydzień szwendania się po galeriach, muzeach, uliczkach, robienia zdjęć i zatrzymywania się z otwartymi ustami przed sklepowymi wystawami. I… on. Francuski Vogue. I choć po francusku umiem jedynie dzień dobry, dziękuję i piekarnia, to kupiłam sobie jeden numer i pochłaniałam po kawałku przy każdej okazji. I jest coś w tym, że kiedy siedzisz z Vogue na kolanach w paryskiej kafeterii czujesz się tak jakoś… bardziej europejsko. Smutne? Dziwne? Wcale nie. Choć opinie na temat Paryża są podzielone, a ja dobrze poznałam także jego gorszą stronę, to to miasto ma w sobie coś takiego, że czujesz się piękniejsza i fajniejsza. W tej kafeterii i z tą gazetą – szczególnie.
Vogue oczywiście przyleciał z nami do Polski, a ja stałam się wielką fanką jego strony internetowej. I chcę właśnie z niej kilka rzeczy dziś pokazać. Bo znalazłam świetny sposób na chandrę – oglądanie tych pięknych zdjęć i powrót w myślach do paryskiego urlopu to moja dobra rada, która może pomóc przetrwać zimę;) Niesamowicie pomysłowe sesje, najświeższe trendy, trochę kosmiczne modelki i bomba kolorów – tak to widzę. I muszę to oglądać;)

fot. vogue.fr

fot. vogue.fr

fot. vogue.fr

fot. vogue.fr
A do lektury/oglądania polecam dobre czerwone francuskie wino i Stéphane Pompougnac do słuchania:)

Brak komentarzy.
Dodaj swój komentarz